Tak więc odrzucił na bok kołdrę ze wzorem Myszki Miki i rozsunął zasłony w oknie. Promienie słońca padły na jego rumianą buzię, przez co przymknął powieki. Mały Michael uwielbiał to poranne słońce.
- Mike! Śniadanie! - ciepły głos jego matki rozniósł się po pokoiku. Chłopiec postawił stopy na puchatym dywanie i złapał w rączki kapcie. Podrapał się po głowie, myśląc który jest na którą nogę. Po chwili namysłu założył je na odwrót, i dumny jak paw przeszedł do kuchni, gdzie na stole stał talerzyk z jego ulubionymi postaciami z kreskówek, wypełniony kanapkami, które tak bardzo lubił. Usiadł na nieco zbyt wysokim krześle, chociaż miał swoje, odpowiednie do jego wzrostu. Jednak wolał te przy wysokim stole, gdzie sięgał brodą kilka centymetrów ponad blat, czuł się doroślejszy w gronie starszych.
Twarz Karen wyrażała rozbawienie, kiedy patrzyła jak mały chłopiec wyciąga wysoko rączkę po jedzenie, z jakim skupieniem bierze kanapkę, tak by nic z niej nie spadło. Jednak była również dumna z małego Michaela. Miał zaledwie siedem lat, a rozumiał już tak wiele. Jak każde dziecko, chciał być traktowany jak dorosły i jak na swój wiek taki był. Starał się, by matka nie musiała go upominać, chociaż Karen była pewna, że w wielu sytuacjach chłopczyk miał ochotę tupać nóżkami i zaciskać dłonie w piąstki.Mikey wyciągnął dłoń po kolejną kanapkę, jednak tym razem mama mu ją podała. Chłopczyk zrobił groźną minę, chcąc pokazać Karen jak bardzo zły na nią jest.
- Sam bym to zrobił - mruknął niezadowolony, po czym odłożył kanapkę od rodzicielki i sięgnął po kolejną, chcąc pokazać jej swoją rację. A Karen jedynie się uśmiechała.
- Wiem, synku, wiem o tym - powiedziała ciepło, przysuwając talerz bliżej krawędzi stołu, a następnie zmierzwiła włosy synka. Chłopiec nie był już na nią zły. Niezmiernie cieszyło go to, że jego mama widzi, jakim dużym dzieckiem już jest.
Po skończonym śniadaniu, mały mężczyzna poszedł do łazienki. Wydawać się mogło, że takie czynności jak mycie zębów są typowe, niezwykle proste, wchodzą w krew z wiekiem. Jednak dla Michaela był to kolejny szczebel do bycia dorosłym. Mały Clifford nawet przy tym starał się dać jak najlepszy przykład. Wydawało mu się, że to jest tak samo ważne jak grzeczne zachowanie wobec starszych czy kultura przy stole. Dwa razy sprawdził, czy nigdzie nie rozlał wody, albo czy jego szczoteczka jest na właściwym miejscu.
- Pierwszy dzień w szkole jest naprawdę ważny, Michael - uśmiechnęła się Karen, pomagając chłopcu wybrać specjalne ubrania na ten wyjątkowy dzień.
- To wielka sprawa! - dodał Mike, zastanawiając się nad dwiema koszulkami, które zaproponowała mu mama. Drapiąc się po główce, mruczał pod nosem wyliczankę. Uznał to za najlepszy rodzaj rozwiązania problemu, gdyż oba T-shirty bardzo lubił.
Odrzuciwszy niepotrzebne ubranie, zaczął wciągać koszulkę przez głowę, po czym przejrzał się w lustrze, sprawdzając czy aby na pewno nie założył jej na lewą stronę. Kiedy był już pewny, że wszystko jest na swoim miejscu, wyszedł z pokoju i stanął w przedpokoju, chwytając swoje czarne trampki. Patrzył to na buciki, to na swoje stopy, po czym usiadł na dywanie i wciągnął je na nogi. O dziwo, zrobił to dobrze. Jedyne, o co poprosił swoją mamę, to by zawiązała je, gdyż nie potrafił tego jeszcze sam zrobić.
- Mamo? - chłopiec zapytał nieśmiało, spuszczając wzrok na podłogę. - Co powinienem dziś robić?
Ciche westchnienie opuściło usta kobiety. Nie była pewna co poradzić synowi. Było wiele rzeczy, o których powinien pamiętać, jednak jedna wydawała jej się ważniejsza od dobrych manier czy innych rzeczy tego pokroju.
- Znajdź sobie przyjaciół - szepnęła do Mike'a - albo będziesz samotny. - Karen dodała, spoglądając na chłopca, który nie rozumiał do końca po co mu przyjaciele. Przecież do tej pory ich nie miał i wszystko było w porządku!
Chłopiec wziął sobie do serca radę matki, i gdy tylko znalazł się pod salą, gdzie było mnóstwo dzieci, rozglądał się za kimś, kto również nie miał przyjaciela. Każdy wydawał się go mieć, Mike był jedynym, który szedł przez korytarz sam. Był niezwykle samotny, nieco smutny, ale pełen nadziei na to, że jednak znajdzie kogoś, kto to zmieni.
Dzwonek zabrzmiał równo o ósmej trzydzieści, więc wszystkie dzieci weszły do sali. Chaos był wszechobecny. Między siedmiolatkami panowała zawzięta dyskusja o to kto z kim usiądzie.
Michael przeszedł na koniec i czekał, aż dyskusja ucichnie. Obok niego stanął chłopiec o ciemnych jak smoła włosach. Wzrok miał zwrócony ku podłodze, nieco zamglony, jakby był smutny. Pamiętał dokładnie jak jego mama mówiła, że smutnym ludziom powinno się pomagać, dlatego ostrożnie, ale pewnie szturchnął ramie chłopca.
Maluch podniósł wzrok na Mike'a, posyłając mu zdziwione spojrzenie.
- Zrobiłem coś nie tak? - spytał przestraszony, próbując sobie przypomnieć co mógł zrobić, by Michael go zaczepiał.
- Nie, dlaczego? Chciałem spytać czy chciałbyś ze mną usiąść - zaćwierkał blondyn, a jego nowy kolega rzucił mu zdziwione spojrzenie.
- Chcesz ze mną usiąść? - powtórzył, a zdziwienie wciąż go nie opuszczało.
- Chyba właśnie to powiedziałem - zaśmiał się Mikey, a czarnowłosy mu zawtórował.
- Jasne - chłopcy usiedli w ostatniej ławce, gdzie gwar już nie dosięgał. - Jak się nazywasz?
- Ja jestem Michael, ale nie lubię tego imienia. Jest takie zwykłe... nie podoba mi się. Wolę, gdy mówią na mnie Mike. Albo Mikey. Tak, to lubię. A ty?
- Ja jestem Calum - powiedział niepewnie, przyglądając się swojemu nowemu koledze.
- A ty masz fajne imię! - oburzył się, ciskając piąstkami o blat biurka. Calum zaśmiał się cicho, dla niego miłe były słowa Michaela. - Hej! Chcesz być moim przyjacielem?
Caluma nieco zszokowała propozycja kolegi.
- A co robią przyjaciele? - zapytał niepewnie, drapiąc się po głowie. Nigdy nie miał przyjaciela, chociaż każdy go posiadał.
- Dużo różnych rzeczy! - zaczął podekscytowany Clifford. - Na przykład siedzą w jednej ławce w szkole, razem spędzają przerwy, spotykają się, chodzą na plac zabaw, grają w gry... grałeś kiedyś w jakieś gry?
- Mhm... - powiedział cicho, myśląc nad propozycją Michaela. - Wiesz co? To chyba fajne jest mieć przyjaciela... i myślę, że chcę być twoim.
Szeroki uśmiech rozświetlił twarz siedmiolatka. Znalazł przyjaciela, czyli zrobił to, co mama uznała za ważne. Tak więc, kiedy tylko pożegnał się ze swoim przyjacielem, poszedł z mamą do domu, gdzie opowiedział jej o Calumie i podziękował za najlepszą na świecie radę.
A Karen była niezwykle dumna ze swojego małego aniołka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz